VantagePoint

  1. Oceniam Wietnamczyków na zamówienie! [recenzja]

    Fot. Adam Jones, Ph.D. Flickr

    Battlefield: Bad Company 2: Vietnam pisaliśmy na GRRR tyle, że reckę miałem sobie odpuścić. Wierny czytelnik Ptasx przysłał mi jednak kosz owoców i okazjonalną laurkę z prośbą o ocenienie dodatku dla Bad Company 2. No więc niech mu już będzie. Napiszę kilka słów o naszych skośnookich kolegach i ich przygodach w dżungli…

    Bad Company 2: Vietnam na filmie [aktualizacja]

    Gra w Vietnam przypomina trochę wizytę w gimnazjum dla mniej uzdolnionych dzieciaków. Wiecie, takich, co to zamiast Mozarta słuchają Dody, a zamiast Kubusia piją Kubusia wystawionego na słońce na dwa tygodnie. Ta cała głupota jest tu zakamuflowana jak żołnierz Wietkongu sikający w krzakach, ale jest.

    Pierwszy raz natknąłem się na nią po 10 minutach gry, gdy jeden z polskich graczy ostrzegł mnie przez słuchawkę, że „Japońce” podchodzą od wzniesienia. Była to mapka Vantage Point w trybie Rush, więc akurat wzniesienie było dość istotne.

    Sęk w tym, że atakowali nas nie Japończycy, tylko Wietnamczycy. W sumie mogłem to olać, bo co to za różnica, komu strzelę w pysk z granatnika. Ale jakoś nie mogłem. Kolega z drugiej strony linii nie bardzo wiedział o co kaman, więc odesłałem go do Wikipedii. Wrócił skruszony.

    Ale ja się mu w sumie nie dziwię. Twórcy sami wychowują sobie odbiorców. Zapowiadano tu 5 nowych map, 6 nowych pojazdów i 15 nowych pukawek. W sumie wszystko jest, ale w wersji dla graczy głupich. Czy ja jestem tępakiem, żeby nie poznać, że wiele rodzajów broni to zwykłe przeróbki tego, co już widzieliśmy? Że narzędzia mają tylko inne „skórki”? Wybitnie inteligentny nie jestem, ale jakoś zauważyłem. Nie ma tu aż tyle nowości, ile się nam wmawia. Zapewne za jakiś czas pojawi się DLC do tego DLC i będzie git.

    Opanuję się jednak na chwilę i dodam, że mapki mimo wszystko są niezłe, podobnie jak pojazdy na nich umieszczone. Szczególnie jeśli lubicie smażyć białe mięso miotaczem płomieni. Mnie on w sumie rozczarował, ale naparzanie płomieniami z czołgu jest piękne… zresztą przy odrobinie kreatywności nie tylko z czołgu ;)

    Widoczny na filmie helikopter Huey to wisienka na smakowitym torcie – i to tylko troszkę spleśniała. Jest zwrotny jak mucha, ale niestety równie wytrzymały. Nie wiem, czy oni w tamtych czasach robili pojazdy z papieru, ale w Wietnamie nie opłaca się nawet strzelać do helikoptera z rakiety. Wystarczy jedną ręką naparzać z karabinu, drugą wcinając kanapkę.

    Fot. psiaki Flickr

    Jako głupek miałem nadzieję, że chwalący się rewelacyjną ścieżką dźwiękową twórcy dodadzą możliwość odsłuchania jej osobno, z poziomu menu gry albo nawet menu Xboxa. Nic z tych rzeczy. A szkoda, bo muza jest piękna! Helikopter lecący nad polem bitwy w takt Cwału Walkirii Wagnera to jest jednak wypas. Aż człowiek ma wyrzuty sumienia, kiedy do niego strzela.

    Gimnazjum w tej grze objawia się też w bugach. Jest taki jeden, który pozwala na wpłynięcie łódką pod mapę i strzelanie do przeciwników spod ziemi. Mnie już ta gra przyzwyczaiła do bugów, więc w sumie się nie wściekłem. Wkurzają mnie tylko ludzie, którzy to wykorzystują. I jeszcze mi taki jeden z drugim rechocze do słuchawki, jaki to z niego kozak. Boże!

    Jak skopać grę? TOP 10 zabugowanych tytułów

    Dzieciaki mają też nie lada podnietę z Bitwy o Hastings. To mała zabawa, którą twórcy uruchomili po sprzedaży dodatku. Trzy platformy (Xbox, PS3 i PC) konkurują w liczbie zdobytych punktów drużynowych. Po dojściu do 69 milionów otwiera się nowa mapka Operation Hastings. Pecetowcy już ją mają, na drugim miejscu jest Xbox 360. No i czad, fajny pomysł, tylko dlaczego po świętach miałem w skrzynce Xboxa 20 e-maili zachęcających do gry o punkty? Jezu, dzieciaki, uspokójcie się! Zagram, jak mi się będzie chciało.

    Tak więc grając w Bad Company 2: Vietnam, czuję się trochę jak podczas wizyty w gimnazjum. Muszę jednak przyznać, że gimnazjaliści umieją się też bawić. Za 1200 punktów, czyli jakieś 50 złotych, mam 10 nowych osiągnięć do zdobycia, klimatyczną grę w nowym stylu i kolejny gwóźdź w trumnie mojego uzależnienia. A że trafiam w Sieci na nieopierzonych głupków… No trudno. Jakoś muszę to znieść. Przecież nie przestanę w to grać. Za żadne skarby!