tamagotchi
Dragon Age 2 - uszczęśliwianie na siłę [recenzja]
Jestem stary. Dostatecznie stary, by pamiętać czasy, gdy robienie drugich części gier polegało na wzięciu wszystkiego z podstawki i dodaniu całej masy nowego wypasu. To było jak tuningowanie rewelacyjnego samochodu, po którym był on jeszcze lepszy. Dzisiaj robi się to inaczej. Wymienia kilka części, przemalowuje karoserię i uszczęśliwia na siłę klienta tandetnymi wisiorkami pluszowych kości do gry dyndającymi pod lusterkiem.
Nie mamy ochoty z tobą gadać
Od dawna było wiadomo, że Dragon Age 2 będzie uproszczony w stosunku do jedynki.
Taka to już dzisiaj moda, że im dalej w cyfrowy las, tym mniej drzew. W nowym Dragonie widać to na każdym kroku. Główny bohater nie ma chyba rąk, bo nie radzi sobie ze zmianą pancerzy, hełmów i rękawic swoich towarzyszy. Ma za to jakąś magiczną zdolność kontroli czasu, bo potrafi przechodzić między dniem a nocą z łatwością, jakiej pchła potrzebuje do przeskoku z pudla na owczarka niemieckiego. Jeden przycisk i siup! Mamy noc. Drugi raz, abrakadabra i jest dzień.
- Naturalny tryb dobowy?! – parsknął główny producent, uderzając jednocześnie programistę w tył głowy brudną skarpetą. Chyba żartujesz! Dzisiaj się już tego tak nie robi.
Ktoś zabił też operatora kamery z lotu ptaka, a przy okazji pozbawił jaj ziomków z drużyny. Rozumiem uproszczenia mające przyspieszyć rozgrywkę, ale dlaczego ktoś stwierdził, że rozbudowane relacje i swobodne dialogi z członkami drużyny w czasie wędrówek to coś, co trzeba ograniczyć? Dlaczego w pierwszej części mogłem pogadać z kumplami z drużyny o pierdołach, a teraz nowe (i już znane) ziomki odzywają się tylko wtedy, gdy mają coś do załatwienia?
Zmieniłem się w tym czasie w jakiegoś dupka? Rozumiem, że bohater w dwójce jest inny, ale gracz przed monitorem został ten sam. To trochę tak, jakby w drugiej części ekranizacji „Władcy Pierścieni” kumple Frodo nagle stwierdzili, że nie będą już z nim za dużo gadać, bo trzeba przetrzepać mordy orkom. W Dragon Age 2 trochę porozmawiamy, ale w stosunku do jedynki nasi kumple wydają się mówić tylko: nie chce mi się z tobą gadać.
Bulletstorm – łatwa studentka z parszywej dyskoteki
Déjà vu
Najgorsze, że te wszystkie uproszczenia wprowadzono chyba głównie po to, by obciąć koszty. Skoro twórcy mieli mniej dialogów do opracowania i mniej przedmiotów dla drużyny do stworzenia, to teoretycznie zostało więcej czasu na stworzenie wszystkiego innego. Czasem tak jest i na przykład miasta wyglądają kozacko. Są brudne, zasypane śmieciami, pełne plugastwa. Taka Polska, tyle że bez wysokich podatków. Ale już niektóre jaskinie ktoś skopiował, używając chyba CTRL+C. Zapewne wyglądało to tak, że jakiś programista miał termin, ale zawalił go, bo oglądał „Glee”. Trzeba było nadrobić, więc skopiował, co się dało. Tanio i szybko. A że gracz czuje się, jakby słuchał Beyoncé, to już mniej istotne.
Paradoks prostoty
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nawet jeśli tuning Dragon Age’a zrobił z niego w drugiej części uproszczony model do szpanowania, to osiągi ta formułka ma niezłe. Telewizja ogłupia systematycznie widza, serwując lekkostrawną papkę – w grach jest podobnie. Dragon Age 2 jest prostszy, ale i łatwiej strawny. System walki jest banalny jak strzał w pysk, a przy tym zabawny dzięki ciekawszym animacjom. Stosunki międzyludzkie są głębokie jak kałuża po tygodniu suszy, ale bohaterowie klną jak szewc, mają miecze wielkości sporej Azjatki i oczywiście o wiele ładniej wymodelowane rowki między wielkimi cyckami.
Stroje też wyglądają porządnie i podziwianie gołych brzuchów nie wywołuje już odruchów wymiotnych. Z kolacji w wytwornej restauracji zmienia się to w fast food. Jest szybkie, ładnie wygląda i ma dostatecznie dużo wzmacniaczy smaku, by klient chciał wrócić po dokładkę. Ale Gordon Ramsey powiedziałby pewnie o takim daniu, że jest nijakie. It’s fucking bland, you donkey!
Dragon Age 2 to miła gierka, przy której fani RPG-ów spędzą wiele godzin. Monotonnych, szczególnie w ostatnim akcie, w którym dodatkowe misje są już wtórne jak obiad z trzydniowych resztek, ale w sumie dość udane. Problem w tym, że druga część może wkurzyć. Czekałem na to samo co w jedynce, ale miałem nadzieję, że będzie więcej, lepiej i bardziej bogato. Dostałem mniej, gorzej i na zasiłku. Boję się, że jeśli taka forma tuningu serii będzie przez twórców kontynuowana, to w trzeciej części pojawi się mechanika na poziomie tamagotchi.
Drogie Bioware, proszę nie uszczęśliwiać graczy na siłę! Myślenie nie boli nas aż tak bardzo, jak sądzicie.
Chcesz poderwać dziewczynę? Graj w gry!
[...] w jakąkolwiek odmianę tamagotchi. Brzmi żałośnie, wiem, ale efekty mogą być zgoła inne. Pełne zestawienie[...]

Xbox 360 zmienia się w tamagotchi
Nie mam nic przeciwko zwierzętom. W zasadzie to mój kot, Konstanty, właśnie gryzie mnie w nogę żeby się z nim pobawić. Nie mam też nic przeciwko zarabianiu pieniędzy. Każdy lubi to robić. Szczególnie duże firmy. Ale jak tak dalej pójdzie, to niedługo posiadacze Xboxa 36o nie będą mogli nawet za darmo włączyć konsoli. Major Nelson zapowiada, że od dzisiaj swojego avatara będzie można ucieszyć [...]

Najlepiej sprzedające się gry w Japonii - Halo 3 górą. Co z PS3?
[...] Fantasy VII: Crisis Core Tamagotchi Pokemon's Mysterious Dungeon: Yami Bleach Blade Battlers 2nd[...]












